15 sierpnia - święto

August 15th, 2008

Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, tak więc pozwalam sobie na małe uczczenie tej rocznicy:

Szwecja

July 28th, 2008

Szwecje przeniosłem do galerii… :-)

Musimy się rozstać…

June 10th, 2008

No niestety stało się. Nikt nie mówił, że będzie lekko, ba nawet z reguły jest ciężej niż lżej. Ale zawsze jakoś tak żywimy nadzieję, że się ułoży, że przywykniemy, że da się z tym jakoś żyć. I niby można, męczyć się lub udawać, że się tego nie dostrzega; spędzać dzień za dniem… tylko do jasnej cholery, co to za życie… byle jakie.. a jaka z tego satysfakcja… Żadna!!!

Panowie!!!!!! Postanowiłem pozbyć się swego brzucha!!! Mała dygresja jeszcze. Mam lustro w domu, wy pewnie także macie. Jak już wszyscy pójdą spać to idźcie do łazienki, zapalcie swiatło, rozbierzcie sie do naga i przyjrzyjcie się swemu odbiciu, dla lepszego efektu z profilu…. Ale nie, momencik, nie wciagajcie go, bo to nie fair… Ciekaw jestem ilu z moich szanownych kolegów, może powiedzieć, że jest super, brzuch płaski, nic nie wisi (o brzuchu pisze - inne rzeczy mogą wisieć - chwilowo) itd. itd. Eeee nie słyszę… No własnie…

Ktoś zaraz powie, że kochanego ciałka nigdy za wiele (buuu!!! leń i cienias), albo, że mu to nie przeszkadza (aaa buuu!!! jakie to oklepane)…

Prawda jest taka Panowie, że tyjemy, po 30tce zaczynamy tyć szybko, za szybko - metabolizm się obniża, mniej energii potrzebujemy do życia (jemy z reguły tak samo). A że i aktywności fizycznej nam ubywa (kupujemy sobie samochodzik, by swój tłusty tyłeczek nim wozić i wydaje nam się, że tacy męscy jesteśmy - buhaha tyjemy jak tuczniki, a nie męscy sie robimy), to wygladamy z reguły tak a nie inaczej - czyli źle.

Ale wracajac do tematu. Jakies 4 tygodnie temu powiedziałem PAPA papierosom i zacząłem intensywny trening swego sflaczałego organizmu:
- rano przebieżka 60 minut (około 8km) - średnie tętno 140,
- później do pracy na rowerze (równo 10km)
- no i powrót także rowerem.

Było cieżko na poczatku, wstawać trzeba wcześnie, ale tutaj nieocenioną pomocą okazał się Maks, który budzi tatusia swego codziennie o 6tej (czasem wcześniej, ale to pewnie przez pomyłke). Były zakwasy, są troche bolące stawy, ale z dnia na dzięń jest coraz lepiej… Energii wbrew pozorom przybywa, endorfiny robią swoje - człowiek zaczyna być pozytywnie nakręcony przez cały dzień.

Trzymajcie kciuki, za 3 miesiące maraton 10k w Londynie :-)