Pierwsza podróż do UK… (06-07-2006)
Dojechałem cały i zdrowy, nie licząc szumu w uszach, napiętych mięśni karku i pleców.
Chyba nikt w to nie wierzył, że dojadę, wielu stukało się w czoło, a ja sam o tym nie myślałem - miałem znaleźć się w Londynie, no i się znalazłem. Oczywiście można było lecieć samolotem, ale nie po to kupowałem moto, aby rdzewiał w garażu. Poza tym może wreszcie trochĘ pozwiedzam okolice - a jest co ogladać.
Dużo by pisać, więc aby w telegraficznym skrócie. Decyzja o wyjeżdzie była krótka bez specjalnego bawienia się w analizowanie - czasami lepiej sobie tego oszczedzić; mniej zmartwień.
Pierwotnie plan zakładał taką trasę:
- poniedziałek (Zboiska->Wrocław),
- wtorek (Wrocław->Bolougne->Dover->London)
Wyszło jednak inaczej. Wyruszyłem we wtorek o 7mej rano.
Pakowania nie było dużo i wszystko zmieściło się na tylnym siedzeniu:

Była jeszcze inspekcja mego papy (wyraźnie zaniepokojonego, co do jasnej cholery jego syn wyczynia - chociaż mam nadzieję, że przywykł już do moich pomysłów):

No i w drogę. Ruszyłem inaczej niż pierwotny plan zakładał, górą Polski przez Poznań. Liczyłem, że będzie szybciej i że nadrobię trochę czasu na autostradzie poznańskiej.

Wszystko było super jeszcze rano, ale później zaczęło się robić tłoczno na drogach, a jakie drogi mamy, każdy wie. To co zyskałem na autostradzie, straciłem na drodze dojazdowej do granicy - sznury TIRów, walka o życie, wpychający się puszkarze, wyprzedzający na trzeciego itd. itd. Nauka nie poszła w las, wolałem jechać wolniej, ale bezpieczniej; wciąż liczyłem, że nadrobię czas w Niemczech. Z Polski wyjechałem o 14tej - TRAGEDIA.
Później była szybka odprawa na granicy i wreszcie mogłem rozwinąć skrzydła. Okazuje się, że najbardziej zawodny jest jednak czynnik ludzki. Jedzie się pięknie tak do 120km/h, ale ja przecież chciałem nadrabiać stracony czas. Kręciłem więc tak 160-180, z tym, że przy tej prędkości niestety trzeba przyjąc pozycje sportową, bo inaczej dosłownie urywa głowę. Tak więc jechałem 1h, pożniej przerwa i tak w kółko. Miło zaskoczony jestem zużyciem paliwa, przy tych prędkościach wyszło 5.4l/100.
Prom miałem zarezerwowany na 20:30, ostatni prom odchodził o 23:30. Wiedziałem już, że na 20:30 nie dam rady, tak więc były jeszcze szanse, ze uda sie na 23:30. Niestety po wyjechaniu z Niemiec, gdzie nie ma ograniczeń na autostradach, okazało się, że dużo jest kamer i trzeba się pilnować - tak więc pozostało mi jechać przepisowo. Kilka razy pomyliłem drogę, więc robiłem niepotrzebne pętle - jednak TomTom Rider by się przydał i to jak bardzo.
W końcu w Belgii zwątpiłem, była chyba 21:00, koncentracja już mi osłabła, wiedziałem, że nie dam rady. Podjąłem decyzję, że chociaż dojadę do promu i tam gdzieś do rana się prześpie. Dobrze, że tak nie zrobiłem jak się okazało
Tuż przed opuszczeniem Belgii zaczęły docierać do mnie niepokojące sygnały płynące z organizmu - czuję, że jadę o odpływam - na pewno znacie, te charakterystyczne zaniki świadomości na chwil kilka. Acha!!!! Powiedziałem sobie, nie ma co ryzykować. Tylko gdzie spać? Kasy szkoda, zwłaszcza, że nie wiadomo, co z promem będzie. Na szczęście zatrzymałem się na stacji benzynowej, gdzie był sympatyczny ogródek dla turystów i drewniane ławki. Rzuciłem się wyprostować i chwilę przespałem, zawsze lepsze to niż nic.
O 5tej już ruch się zrobił. Nie pozostało mi nic innego jak wstać i ruszać dalej. Czułem, że cały capie jak niemyte zwierzę
Chociaż jak na motonite przystało - wszystko w normie.
Do Bolougne dojechałem na 8mą. Prom był o 9:35. Musiałem uiścić stosowną opłate, za przebukowanie biletu, oraz pokryć różnice w cenie - wyszło 24 euro w plecy.
Taka dygresja, dobrze, ze nocowałem wcześniej, bo w porcie nie ma się absolutnie gdzie zatrzymać, musiałbym szukać jakiejś ławki, a mogloby być to trudne - pojeżdziłem rano po miasteczku - ślicznie położone.
Czekałem trochę na prom na pierwszej pozycji
(napiłem się francuskiego expresso w barze - postawiło mnie to na nogi):

Do Londynu (a konkretnie do Grzegorza), dojechałem dopiero na 16ta. Nie dość, że pomyliłem drogę i nie zjechałem z autostrady tam gdzie trzeba, to jeszcze zjechałem w takim miejscu, którego nie było na mojej nędznej mapie. Tak więc jechałem na czuja, wiedziałem, że gdzieś na południe mam się kierować. W końcu trafiłem po 4 godzinach na Croydon - wykończony i zmęczony, ale zadowolony z siebie.
Pierwsza trasa moim moto, udana… Po prostu miodzio!!!
Żałuję tylko, że tak pędziłem, tyle można było niesamowitych rzeczy zobaczyć po drodze.
Aha jeśli chodzi o Anglię, to cholera wszyscy tutaj jeżdżą jak w Bangladeszu, zawsze wyjeżdżają na czołowe; co ja się muszę namęczyć, by we mnie nie wjechali
Po prostu lewusy!!!